Fragment pamiętnika pewnego żołnierza, który brał udział w wojnie polsko-rosyjskiej z lat 1919-1920. Może za jakiś czas ukaże się drukiem. W kolejnych postach będę dodawał ciąg dalszy.
To przeszło przez nasz kraj jak fala, która zabiera ze sobą wszystko, potem na krótką chwilę się cofa, tylko po to by powrócić ze zdwojoną siłą. W taki sposób skłóceni zaborcy przetaczali się przez naszą biedną ojczyznę, rozczłonkowaną na trzy krwawiące kawały mięsa. Każdy z własnym, bijącym sercem. Ponad dziesięć milionów Polaków rozrzuconych po trzech zaborach, pod obcą jurysdykcją.
Przez Polskę przechodzili na przemian Niemcy i Rosjanie. Długo żaden z nich nie potrafił przełamać szeregów oponenta. Grabili więc i konfiskowali wszystko, co przedstawiało jakąkolwiek wartość. Kiedy wydawało się, że nic więcej nie da się już zarekwirować, kolejny zdobywca, Prusak lub Moskal, i tak zawsze zdołał coś znaleźć. Najbardziej przetrzebiono nas jednak z tego co najcenniejsze. Z ludzi. Każdy chciał mieć Polaczków po swojej stronie. Mamił, zwodził, kusił, obiecywał… Zupełnie jakby te sto dwadzieścia lat ciemiężenia można było nagle puścić w niepamięć. Wystarczy przypomnieć manifest sierpniowy. Prawdziwe mistrzostwo w sztuce manipulacji. A najgorsze było to, że wielu naszych rodaków poszło na to i po raz kolejny ginęło za nie swoją sprawę. W tym zawsze byliśmy dobrzy, naiwni głupcy!
Ta pożoga trwałaby chyba w nieskończoność, gdyby nie to, że nagle, w listopadzie 1917 roku, po wschodniej stronie coś pękło i zawaliło się z wielkim hukiem. To nie front został przełamany. To państwo carów rozleciało się od środka. Do władzy doszli najbardziej przerażający ludzie, jakich widziałem w życiu. Byli potężni i śmiertelnie niebezpieczni. Zdawało się, że Rosja bolszewicka to poroniony płód, który nie ma prawa żyć. Ten płód rósł jednak w siłę, niczym Herkules, który jeszcze będąc w kołysce zdołał zadusić dwa węże. Bolszewicy rwali się do marszu na zachód, pragnęli światowej rewolucji. Mieli pecha, bo na drodze do Europy stała pewna przeszkoda. My.
Na szczęście w pierwszych latach swego istnienia płód ten był jeszcze bardzo słaby. Niemcy byli czujni i wykorzystali tę słabość, by przeprowadzić ostateczne uderzenie. Doszli aż do kresów dawnej Rzeczpospolitej, odpychając bolszewików daleko za Bug. Dla nas nastało wtedy kilka miesięcy względnego spokoju. Czułem jednak, że jest to spokój pozorny i nie myliłem się. Na wschodzie rodziła się drapieżna bestia, która lada chwila mogła uderzyć. Ze zwielokrotnioną siłą.
Pierwsze miesiące roku 1918 były przede wszystkim okresem działania dyplomatów. Nasi rodacy ginęli na wszystkich frontach świata. Największa walka toczyła się jednak na europejskich salonach. Piłsudski, nasz ukochany wódz, został internowany. Chwilowo pole do działania miał jego zaciekły rywal, lecz równie gorący patriota, Roman Dmowski. Jaka szkoda, że ci dwaj mężczyźni nienawidzili się. Byli przywódcami dwóch największych obozów politycznych. Dmowski przewodził narodowcom, a Piłsudski socjalistom. Niestety nie potrafili się wzajemnie dogadać. Działając wspólnie mogli osiągnąć dużo więcej. Na szczęście działając osobno też osiągnęli dużo.
Dmowski był moim duchowym przywódcą. Trzymałem to w głębokiej tajemnicy, ponieważ za przyznanie się do tej sympatii, w środowisku żołnierzy mogłem dostać po głowie. Podziwiałem tego człowieka, za jego inteligencję, zaangażowanie i kunszt polityczny. Jeżdżąc z misjami dyplomatycznymi po wszystkich państwach świata wywalczył dla nas tyle, ile tylko był w stanie. Gwarancję państw zachodnich, że po wygranej wojnie pomiędzy Niemcami a Rosjanami stanie barykada w postaci niepodległej Polski. Stworzył fundamenty pod budowę tej barykady. Niestety były to tylko fundamenty. Rzadko udaje się wyegzekwować otrzymane przyrzeczenia, jeżeli za wierzycielem nie stoi realna siła. W taki sposób materia zwycięża nad duchem.
Na szczęście my byliśmy silni. Krwawiący i sponiewierani, ale nadal silni. W listopadzie 1918, rok po tym jak Rosja Carska legła w gruzach, z więzienia wyszedł Piłsudski. A z takim wodzem czuliśmy się naprawdę mocni. Z miejsca podporządkował mu się prawie cały naród, w tym ja i Wolfgang. Płynęła w nas polska krew. Po raz pierwszy od stu dwudziestu lat mieliśmy realną szansę na niepodległość. Zaborcy byli słabi i skłóceni. Pomimo wrodzonego tchórzostwa postanowiłem wziąć udział w walce. Gdybym tego nie zrobił, do końca życia bym sobie nie wybaczył.
Trzon naszych oddziałów był silny, kiedy już zdołał się zebrać do kupy. W sumie regularnego wojska było kilkadziesiąt tysięcy. Na miejscu byli Polaczki z Polonische Wehrmacht, którzy wcześniej służyli pod niemieckim sztandarem. W ich szeregach znajdował się Wolfgang. Potem z Francji przybył jeszcze Józef Haller na czele Błękitnej Armii. Najbardziej brawurowego czynu dokonał Żeligowski, który dołączył do nas ze swoją dywizją, po trzymiesięcznym, okrężnym marszu z Odessy. Jak on zdołał to zrobić, do tej pory stanowi dla mnie zagadkę. Potem z Syberii przybyło jeszcze trochę dawnych żołnierzy carskich. Mieliśmy więc od czego zaczynać.
Regularne oddziały stanowiły jednak tylko część. Reszta to już ochotnicy, tacy jak ja. Zbieranina różnego tałatajstwa. Każdy kto czuł się na siłach, brał do ręki cokolwiek, co nadawało się do walki, a ubierał w to, co tylko trzymało się kupy i mogło w jakikolwiek sposób przypominać mundur. Nigdy nie zapomnę jak przez dezorientację postrzelaliśmy się ze zwiadowcami jednego z pułków wileńskich. Mnie przydzielili do dawnych oddziałów Polonische Wehrmachtu. Miałem więc mundur. Tamci wyglądali natomiast tak obco, że w pierwszej chwili nasza szpica wzięła ich za Rosjan. Wystrzeliliśmy ze zdobycznych, pruskich karabinów. Jeden z tamtych został raniony w policzek. Odpowiedzieli ogniem. Pewnie pozabijalibyśmy się nawzajem, gdyby nie to, że jeden z naszych dostrzegł orzełki na czapkach i krzyknął: „nie strzelać, to Polacy!”. Tak, to rzeczywiście byli Polacy. Trudno było ich jednak rozpoznać. Niektórzy mieli prochowce i uszanki, inni francuskie rogatywki, a jeden założył na głowę jakiś śmieszny melonik. A ten oddział nie stanowił wyjątku. Czasem tylko orzełki pozwalały się nam wzajemnie rozpoznać.
piątek, 2 kwietnia 2010
Subskrybuj:
Posty (Atom)
