Fragment pamiętnika pewnego żołnierza, który brał udział w wojnie polsko-rosyjskiej z lat 1919-1920. Może za jakiś czas ukaże się drukiem. W kolejnych postach będę dodawał ciąg dalszy.
To przeszło przez nasz kraj jak fala, która zabiera ze sobą wszystko, potem na krótką chwilę się cofa, tylko po to by powrócić ze zdwojoną siłą. W taki sposób skłóceni zaborcy przetaczali się przez naszą biedną ojczyznę, rozczłonkowaną na trzy krwawiące kawały mięsa. Każdy z własnym, bijącym sercem. Ponad dziesięć milionów Polaków rozrzuconych po trzech zaborach, pod obcą jurysdykcją.
Przez Polskę przechodzili na przemian Niemcy i Rosjanie. Długo żaden z nich nie potrafił przełamać szeregów oponenta. Grabili więc i konfiskowali wszystko, co przedstawiało jakąkolwiek wartość. Kiedy wydawało się, że nic więcej nie da się już zarekwirować, kolejny zdobywca, Prusak lub Moskal, i tak zawsze zdołał coś znaleźć. Najbardziej przetrzebiono nas jednak z tego co najcenniejsze. Z ludzi. Każdy chciał mieć Polaczków po swojej stronie. Mamił, zwodził, kusił, obiecywał… Zupełnie jakby te sto dwadzieścia lat ciemiężenia można było nagle puścić w niepamięć. Wystarczy przypomnieć manifest sierpniowy. Prawdziwe mistrzostwo w sztuce manipulacji. A najgorsze było to, że wielu naszych rodaków poszło na to i po raz kolejny ginęło za nie swoją sprawę. W tym zawsze byliśmy dobrzy, naiwni głupcy!
Ta pożoga trwałaby chyba w nieskończoność, gdyby nie to, że nagle, w listopadzie 1917 roku, po wschodniej stronie coś pękło i zawaliło się z wielkim hukiem. To nie front został przełamany. To państwo carów rozleciało się od środka. Do władzy doszli najbardziej przerażający ludzie, jakich widziałem w życiu. Byli potężni i śmiertelnie niebezpieczni. Zdawało się, że Rosja bolszewicka to poroniony płód, który nie ma prawa żyć. Ten płód rósł jednak w siłę, niczym Herkules, który jeszcze będąc w kołysce zdołał zadusić dwa węże. Bolszewicy rwali się do marszu na zachód, pragnęli światowej rewolucji. Mieli pecha, bo na drodze do Europy stała pewna przeszkoda. My.
Na szczęście w pierwszych latach swego istnienia płód ten był jeszcze bardzo słaby. Niemcy byli czujni i wykorzystali tę słabość, by przeprowadzić ostateczne uderzenie. Doszli aż do kresów dawnej Rzeczpospolitej, odpychając bolszewików daleko za Bug. Dla nas nastało wtedy kilka miesięcy względnego spokoju. Czułem jednak, że jest to spokój pozorny i nie myliłem się. Na wschodzie rodziła się drapieżna bestia, która lada chwila mogła uderzyć. Ze zwielokrotnioną siłą.
Pierwsze miesiące roku 1918 były przede wszystkim okresem działania dyplomatów. Nasi rodacy ginęli na wszystkich frontach świata. Największa walka toczyła się jednak na europejskich salonach. Piłsudski, nasz ukochany wódz, został internowany. Chwilowo pole do działania miał jego zaciekły rywal, lecz równie gorący patriota, Roman Dmowski. Jaka szkoda, że ci dwaj mężczyźni nienawidzili się. Byli przywódcami dwóch największych obozów politycznych. Dmowski przewodził narodowcom, a Piłsudski socjalistom. Niestety nie potrafili się wzajemnie dogadać. Działając wspólnie mogli osiągnąć dużo więcej. Na szczęście działając osobno też osiągnęli dużo.
Dmowski był moim duchowym przywódcą. Trzymałem to w głębokiej tajemnicy, ponieważ za przyznanie się do tej sympatii, w środowisku żołnierzy mogłem dostać po głowie. Podziwiałem tego człowieka, za jego inteligencję, zaangażowanie i kunszt polityczny. Jeżdżąc z misjami dyplomatycznymi po wszystkich państwach świata wywalczył dla nas tyle, ile tylko był w stanie. Gwarancję państw zachodnich, że po wygranej wojnie pomiędzy Niemcami a Rosjanami stanie barykada w postaci niepodległej Polski. Stworzył fundamenty pod budowę tej barykady. Niestety były to tylko fundamenty. Rzadko udaje się wyegzekwować otrzymane przyrzeczenia, jeżeli za wierzycielem nie stoi realna siła. W taki sposób materia zwycięża nad duchem.
Na szczęście my byliśmy silni. Krwawiący i sponiewierani, ale nadal silni. W listopadzie 1918, rok po tym jak Rosja Carska legła w gruzach, z więzienia wyszedł Piłsudski. A z takim wodzem czuliśmy się naprawdę mocni. Z miejsca podporządkował mu się prawie cały naród, w tym ja i Wolfgang. Płynęła w nas polska krew. Po raz pierwszy od stu dwudziestu lat mieliśmy realną szansę na niepodległość. Zaborcy byli słabi i skłóceni. Pomimo wrodzonego tchórzostwa postanowiłem wziąć udział w walce. Gdybym tego nie zrobił, do końca życia bym sobie nie wybaczył.
Trzon naszych oddziałów był silny, kiedy już zdołał się zebrać do kupy. W sumie regularnego wojska było kilkadziesiąt tysięcy. Na miejscu byli Polaczki z Polonische Wehrmacht, którzy wcześniej służyli pod niemieckim sztandarem. W ich szeregach znajdował się Wolfgang. Potem z Francji przybył jeszcze Józef Haller na czele Błękitnej Armii. Najbardziej brawurowego czynu dokonał Żeligowski, który dołączył do nas ze swoją dywizją, po trzymiesięcznym, okrężnym marszu z Odessy. Jak on zdołał to zrobić, do tej pory stanowi dla mnie zagadkę. Potem z Syberii przybyło jeszcze trochę dawnych żołnierzy carskich. Mieliśmy więc od czego zaczynać.
Regularne oddziały stanowiły jednak tylko część. Reszta to już ochotnicy, tacy jak ja. Zbieranina różnego tałatajstwa. Każdy kto czuł się na siłach, brał do ręki cokolwiek, co nadawało się do walki, a ubierał w to, co tylko trzymało się kupy i mogło w jakikolwiek sposób przypominać mundur. Nigdy nie zapomnę jak przez dezorientację postrzelaliśmy się ze zwiadowcami jednego z pułków wileńskich. Mnie przydzielili do dawnych oddziałów Polonische Wehrmachtu. Miałem więc mundur. Tamci wyglądali natomiast tak obco, że w pierwszej chwili nasza szpica wzięła ich za Rosjan. Wystrzeliliśmy ze zdobycznych, pruskich karabinów. Jeden z tamtych został raniony w policzek. Odpowiedzieli ogniem. Pewnie pozabijalibyśmy się nawzajem, gdyby nie to, że jeden z naszych dostrzegł orzełki na czapkach i krzyknął: „nie strzelać, to Polacy!”. Tak, to rzeczywiście byli Polacy. Trudno było ich jednak rozpoznać. Niektórzy mieli prochowce i uszanki, inni francuskie rogatywki, a jeden założył na głowę jakiś śmieszny melonik. A ten oddział nie stanowił wyjątku. Czasem tylko orzełki pozwalały się nam wzajemnie rozpoznać.
piątek, 2 kwietnia 2010
sobota, 13 marca 2010
Legionista z Chojnowa
Artykuł o legioniście z Chojnowa jaki napisałem dla "Konkretów" na podstawie rozmowy z Czesławą Popiel:
Niski i dzielny – tak opisują Władysława Kadlca jego dwie córki zamieszkałe w Chojnowie. Czesława Popiel i Jadwiga Pacanik, choć mają już po 80 lat, dobrze pamiętają tragiczne losy, jakie targały Polakami w pierwszej połowie XX wieku. Teraz, po upływie kilkudziesięciu lat, pragną przywrócić ojcu dawną chwałę.
Kiedy nad ledwie co odrodzoną Polską zawisło zagrożenie bolszewickie, Władysław Kadlec miał zaledwie dwadzieścia trzy lata. Tak jak wielu swoich rówieśników, zgłosił się na ochotnika do Legionów. Marzeniem wielu młodych mężczyzn była służba w Ułanach. Do tej formacji niestety nie każdy mógł się dostać. Przede wszystkim trzeba było mieć konia i doświadczenie wojenne. Trzon ówczesnej Polskiej armii stanowili jednak legioniści. Słabo wyszkoleni, źle wyposażeni, ale z wielką chęcią do walki. Formacja ta wyglądała niezwykle malowniczo. Bardzo często do walki używano tego, co tylko wpadło w ręce. Podobnie było z mundurami. Czasem tylko orzełki na czapkach pozwalały Polskim żołnierzom wzajemnie się rozpoznać.
„Był jak Wołodyjowski”
Zdaniem Czesławy Popiel to porównanie najlepiej opisuje jej ojca. Michał Wołodyjowski, pomimo niewielkiego wzrostu, był bardzo dzielny. W szermierce nie miał sobie równych.
- Jak wziął szablę do ręki to tylko głowy latały – twierdzi Czesława Popiel. – Najpierw walczył w obronie Lwowa, gdzie został ciężko ranny. Po odzyskaniu zdrowia walczył jeszcze pod Hrubieszowem. Ostatni użytek zrobił z szabli podczas obrony Warszawy. Rwał się do boju, jak wielu jego kolegów. Niczego się nie bał. Tak nam potem opowiadano. Za udział w Cudzie nad Wisłą, ojciec odznaczony został Krzyżem Walecznych. Odznaczenie przypiął osobiście Józef Piłsudski. W późniejszych latach otrzymał też inne odznaczenia i brał udział w marszu na Warszawę z roku 1926. Ja urodziłam się w roku 1930, więc znam wszystko tylko z opowieści. Żałuję, że nie mogłam wszystkiego zobaczyć na własne oczy. Zwłaszcza, że życie w późniejszych latach nie było lekkie. Najciężej ojciec przeżył śmierć Naczelnika Piłsudskiego w roku 1935. Przepłakał wtedy wiele łez.
Jeszcze jedna pożoga
W roku 1939 Rosjanie przyszli ponownie. Tym razem nic nie można było na to poradzić. Obecny Naczelnik, Edward Rydz-Śmigły, zakazał swoim żołnierzom stawiać opór. Gwardziści Armii Czerwonej weszli w Polskę jak nóż w masło.
– Mieszkaliśmy w Bolechowie pod Lwowem – opowiada dalej Czesława Popiel. – Chowaliśmy się po strychach i piwnicach. Baliśmy się, że wywiozą nas na Syberię. Na szczęście udało nam się zaprzyjaźnić z dowódcą rosyjskiego garnizonu. Miał on małe dziecko, którym często zostawiał nam do opieki. Pewnego razu przyszedł do nas i ostrzegł, że jesteśmy na liście Polaków przeznaczonych do zsyłki. Kazał nam sprzedać wszystko co możemy i czuwać. Zsyłka mogła nastąpić nagle. Najbardziej jednak ojciec bał się NKWD. Wielu mężczyzn z naszej wioski przepadło bez śladu, zabranych przez enkawudzistów. Pewnej nocy aresztowali też naszego tatę. Baliśmy się o niego. Był przecież legionistą, który zaledwie dwadzieścia lat wcześniej walczył z bolszewikami. Na szczęście wypuścili go. Myślę, że zawdzięczamy to przyjaźni z rosyjskim komendantem.
W tym czasie Władysław Kadlec już nie walczył. Pracował razem z rodziną na poczcie. Okupacja rosyjska trwała zaledwie rok. Już w 1940 kresy wschodnie opanowane zostały przez Niemców, którzy szli do szturmu na Moskwę. W zachodniej i centralnej części Polski okupacja niemiecka była bardzo ciężka. Na kresach z Niemcami nie żyło się jednak źle. Ich głównymi wrogami byli Rosjanie a nie Polacy.
Horror końca wojny
Okupacja niemiecka na kresach wschodnich trwała pięć lat. Potem nastąpiło kontruderzenie Rosjan i szturm na Berlin. Zdaniem Czesławy Popiel, właśnie wtedy Polaków zamieszkałych pod Lwowem spotkał największy horror. Krok w krok za Rosjanami szła Ukraińska Armia Powstańcza, nazywana pospolicie „Banderowcami”. Żołnierze UPA siali prawdziwy postrach. Chcąc wypędzić Polaków z kresów wschodnich dokonali licznych mordów na ludności cywilnej.
- To było naprawdę straszne. Widziałam różne okrucieństwa jakich dopuszczali się Niemcy, ale to w ogóle nie umywa się do tego co działo się w roku 1944. Baliśmy się wtedy strasznie. Banderowcy zawsze przychodzili nocą, dlatego od zmierzchu do świtu chowaliśmy się w piwnicy. Czasem w stogach siana. Pewnego dnia UPA starło się pod naszym domem z żołnierzami Hitlerowskimi. Ojciec, kiedy to zobaczył, wpadł w szał. Wyskoczył przez okno do ogrodu, i zaczął krzyczeć na żołnierzy. Nie były to pełne zdania. On po prostu wył. Myślę, że z jednej strony chciał walczyć, a z drugiej czuł się bezsilny. Na szczęście nasza mama zawołała go. Pamiętam jak krzyknęła: „choć do domu Władziu, bo cię zabiją”. Wtedy ojciec uspokoił się i wrócił do nas. Na szczęście żołnierze byli zbyt zajęci walką, żeby zwrócić na niego uwagę.
Wyjazd do Chojnowa
Po wojnie dla Kadlców nastał zupełnie nowy etap w życiu. Zostali przesiedleni do zachodniej Polski, tak jak wielu Polaków zamieszkałych na kresach. Całą rodzinę przetransportowano wagonami, które służyły do wożenia węgla. Od 24 października 1945 r. Władysław wraz z żoną i dziećmi stali się mieszkańcami Chojnowa. Urząd Repatriacyjny chciał ich umieścić w zbiorowej kwaterze w jednej ze szkół. Kadlcowie zajęli jednak jeden z pustych domów na Placu Dworcowym. Jadwiga Pacaniuk mieszka tam do dziś. Mając doświadczenie w pracy na poczcie, Władysław wraz z żoną postarali się o zatrudnienie w Urzędzie Pocztowym w Złotoryi. Potem ich śladami poszły obie córki.
Władysław Kadlec zmarł we Chojnowie w roku 1953 po długiej i ciężkiej chorobie.
Komu wdzięczność?
W naszych czasach bardzo niewiele mówi się o wojnie z 1920 r. 15 sierpnia każdego roku obchodzące jest jedynie święto Matki Boskiej Zielnej. Dzień ten stanowi jednocześnie rocznicę „Cudu nad Wisłą”, czyli zwycięstwa Polaków w Bitwie Warszawskiej. Niestety wiedza na temat tego wydarzenia jest współcześnie bardzo niewielka. Szczególnie wśród młodego pokolenia. Dużo większe zainteresowanie budzi tematyka Drugiej Wojny Światowej. Całkowicie zdominowała ona literaturę i kino. Jednak to właśnie w 1920 roku rozstrzygało się, czy Polska zrzuci jarzmo zaborów i zaistnieje na mapie świata.
Pozostaje jeszcze jedno pytanie. Komu winniśmy wdzięczność? Mówi się o „Cudzie nad Wisłą”. Warto jednak zastanowić się nad tym, czy był to tak naprawdę cud. W sytuacji zagrożenia Polacy potrafią dokonań wielkich rzeczy. Komu zawdzięczamy to zwycięstwo? Boskiemu wstawiennictwu, czy też takim ludziom jak Władysław Kadlec?
sobota, 27 lutego 2010
Spotkanie po latach cz.2
Mówiąc o Rzeczpospolitej Szlacheckiej, wspomniałem jeszcze o Zygmuncie III Wazie. Za jego panowania Polacy odnieśli chyba największe i najbardziej niewykorzystane militarne zwycięstwo. Pokonaliśmy Rosję i zdobyliśmy Kreml. Z tego co wyczytałem w książkach, efekt był taki, że Rosjanie zaproponowali Zygmuntowi, że uczynią Carem jego syna, Władysława (późniejszy Król Polski - Władysław IV). Warunkiem było przejście Władysława na prawosławie. Propozycja wydaje się bardzo korzystna? Ale co zrobił Zygmunt? Nie zgodził się! Po pierwsze nie chciał słyszeć o prawosławiu, a po drugie zapragnął korony cara dla siebie. A jego katolicki fanatyzm religijny był nie do zaakceptowania przez lud rosyjski (zdaniem pani Lewickiej taka postawa Zygmunta to efekt jezuickiego wychowania). Zaowocowało to wybuchem ogólnonarodowego powstania Rosjan, których łączyła religia, i wypędzeniem Polaków z Moskwy. W taki sposób, jedna z najwspanialszych kampanii militarnych w dziejach naszego kraju, zakończyła się praktycznie bez żadnych korzyści. Zagarnęliśmy tylko Smoleńsk ze skrawkiem ziemi.
Na koniec poruszyliśmy z Panią Lidią jeszcze temat Romana Dmowskiego i jego roli w odbudowie Polski. Choć zasługi Piłsudskiego są niewspółmiernie większe, to Dmowski został trochę oszukany przez historię. Jego działalność miała bardzo duże znaczenie dla odzyskania niepodległości. Dziś niestety mało kto zdaje sobie z tego sprawę. Dmowski był wielkim patriotą i dyplomatą z prawdziwego zdarzenia. Ówczesny Prezydent USA - Wilson oraz Premier Wielkiej Brytanii - David Lloyd George, w porównaniu z Dmowskim byli politycznymi miernotami. Nie mieli prawie żadnej wiedzy i kultury politycznej. Jedyne co sobą reprezentowali, to siła własnych państw. Smutne zwycięstwo materii nad duchem.
Na koniec poruszyliśmy z Panią Lidią jeszcze temat Romana Dmowskiego i jego roli w odbudowie Polski. Choć zasługi Piłsudskiego są niewspółmiernie większe, to Dmowski został trochę oszukany przez historię. Jego działalność miała bardzo duże znaczenie dla odzyskania niepodległości. Dziś niestety mało kto zdaje sobie z tego sprawę. Dmowski był wielkim patriotą i dyplomatą z prawdziwego zdarzenia. Ówczesny Prezydent USA - Wilson oraz Premier Wielkiej Brytanii - David Lloyd George, w porównaniu z Dmowskim byli politycznymi miernotami. Nie mieli prawie żadnej wiedzy i kultury politycznej. Jedyne co sobą reprezentowali, to siła własnych państw. Smutne zwycięstwo materii nad duchem.
czwartek, 25 lutego 2010
Spotkanie po latach
Miałem dziś bardzo aktywny dzień. Musiałem obejść kilka urzędów, pozbierać sporo informacji. Jak to w tej pracy. Za najciekawsze wydarzenie tego dnia uważam jednak przypadkowe spotkanie z moją dawną nauczycielką historii: Lidią Lewicką-Jedynak. Uczyła mnie przez cztery lata, kiedy chodziłem do II LO w Legnicy. Wtedy niestety moje zainteresowanie historią było niewielkie. Teraz jet dużo większe.
W ciągu kilkudziesięciominutowej rozmowy (odporowadziłem panią profesor do szkoły) obgadaliśmy kilka tematów historycznych. Zaczęło się od wojny polsko-bolszewickiej i "Cudu nad Wisłą". Pani Lidia zgodziła się ze mną co do tego, że ten rzekomy "Cud" należałoby odmitologizować. Bo to nie był żaden cud tylko odniesione w pięknym stylu zwycięstwo. Dowiedziałem się też kilku całkiem ciekawych rzeczy, które wcześniej zupełnie nie przyszły mi do głowy. Pani Lidia twierdzi, iż fakt, że w społeczeństwie wytworzyło się przekonanie o tym, że naszą niepodległość zawdzięczamy boskiemu wstawiennictwu, to zwyczajny efekt propagandy Narodowych Demokratów. Chcieli oni umniejszyć zasługi Piłsudskiego. Bardzo ciekawa teza. Będę musiał pomyśleć nad nią.
W drugiej kolejności zeszliśmy na Rzeczpospolitą Szlachecką, temat, który ostatnio najbardziej mnie nurtuje. Tu też usłyszałem parę słów o zgubnym wpływie propagandy. Tym razem PRL-owskiej. Bardzo cieszę się z tego spotkania. Usłyszałem wiele tez, które dały mi do myślenia. Pani Lidia, choć nie jest profesorem akademickim, ma wiedzę jak rzadko kto. Potrafi też ją ciekawie przekazać. To prawdziwa pasjonatka historii.
Co takiego usłyszałem o erozji ustroju Rzeczpospolitej Szlacheckiej? Tezę, że tak naprawdę to nie przywileje szlacheckie ją zgubiły. W czasach, gdzie szlachta była główną siłą w państwie (XVI stulecie) Polska obchodziła swój złoty wiek. Erozja zaczęła się natomiast w wieku XVII. Przez nasz kraj przetoczyło się bardzo wiele wojen. Spowodowało to osłabienie gospodarcze. Najbardziej jednak podupadła Rzeczpospolita, ponieważ zdegenerował ustrój i z demokracji szlacheckiej przekształcił się w oligarchię magnacką. Wersja o przywilejach szlacheckich niszczących Polskę została wylansowana przez propagandę PRL-u, ponieważ była dla niej korzystna. Muszę się nad tym zastanowić. Tym bardziej, że spotykam się z podobnym poglądem już drugi raz w ciągu tygodnia. I za każdym razem reprezentuje go osoba, która ma dużo większą wiedzę ode mnie. Za pierwszym razem był to dr Maciej Forycki z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Na zajęciach, które prowadził w ostatnią sobotę, wyraźnie podjął próbę obrony szlachty polskiej, którą, jak twierdzi, niesłusznie obwinia się o upadek państwa.
Ciąg dalszy jutro :)
W ciągu kilkudziesięciominutowej rozmowy (odporowadziłem panią profesor do szkoły) obgadaliśmy kilka tematów historycznych. Zaczęło się od wojny polsko-bolszewickiej i "Cudu nad Wisłą". Pani Lidia zgodziła się ze mną co do tego, że ten rzekomy "Cud" należałoby odmitologizować. Bo to nie był żaden cud tylko odniesione w pięknym stylu zwycięstwo. Dowiedziałem się też kilku całkiem ciekawych rzeczy, które wcześniej zupełnie nie przyszły mi do głowy. Pani Lidia twierdzi, iż fakt, że w społeczeństwie wytworzyło się przekonanie o tym, że naszą niepodległość zawdzięczamy boskiemu wstawiennictwu, to zwyczajny efekt propagandy Narodowych Demokratów. Chcieli oni umniejszyć zasługi Piłsudskiego. Bardzo ciekawa teza. Będę musiał pomyśleć nad nią.
W drugiej kolejności zeszliśmy na Rzeczpospolitą Szlachecką, temat, który ostatnio najbardziej mnie nurtuje. Tu też usłyszałem parę słów o zgubnym wpływie propagandy. Tym razem PRL-owskiej. Bardzo cieszę się z tego spotkania. Usłyszałem wiele tez, które dały mi do myślenia. Pani Lidia, choć nie jest profesorem akademickim, ma wiedzę jak rzadko kto. Potrafi też ją ciekawie przekazać. To prawdziwa pasjonatka historii.
Co takiego usłyszałem o erozji ustroju Rzeczpospolitej Szlacheckiej? Tezę, że tak naprawdę to nie przywileje szlacheckie ją zgubiły. W czasach, gdzie szlachta była główną siłą w państwie (XVI stulecie) Polska obchodziła swój złoty wiek. Erozja zaczęła się natomiast w wieku XVII. Przez nasz kraj przetoczyło się bardzo wiele wojen. Spowodowało to osłabienie gospodarcze. Najbardziej jednak podupadła Rzeczpospolita, ponieważ zdegenerował ustrój i z demokracji szlacheckiej przekształcił się w oligarchię magnacką. Wersja o przywilejach szlacheckich niszczących Polskę została wylansowana przez propagandę PRL-u, ponieważ była dla niej korzystna. Muszę się nad tym zastanowić. Tym bardziej, że spotykam się z podobnym poglądem już drugi raz w ciągu tygodnia. I za każdym razem reprezentuje go osoba, która ma dużo większą wiedzę ode mnie. Za pierwszym razem był to dr Maciej Forycki z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Na zajęciach, które prowadził w ostatnią sobotę, wyraźnie podjął próbę obrony szlachty polskiej, którą, jak twierdzi, niesłusznie obwinia się o upadek państwa.
Ciąg dalszy jutro :)
środa, 24 lutego 2010
Hołd Pruski
Wczoraj pisałem o Rzeczpospolitej Szlacheckiej i jej upadku. W kolejnych postach postaram się trochę rozbudować temat. I tak nie powiem nic, co już nie zostało powiedziane. Ludzie przez wieki odkrywają te same mądrości. Niestety tak samo jak odkrywają, tak i zapominają, więc czasem warto odkryć coś na nowo, lub zwyczajnie odkurzyć.
Jeszcze w wieku XV Polska była europejską potęgą. Świadczą o tym najlepiej liczne zwycięskie wojny. Uważam jednak, że już wtedy coś zaczęło się sypać. Co spowodowało, że Bitwa pod Grunwaldem, choć była wielkim militarnym sukcesem, nie przyniosła nam wymiernych korzyści? Zakon Krzyżacki przez następne sto lat napsuł nam jeszcze sporo krwi. A kiedy ostatecznie się rozpadł, to nawet nie mieliśmy wystarczająco dużo energii, żeby zagarnąć jego ziemię. Zadowoliliśmy się Hołdem Pruskim. Nasi sąsiedzi nie mogli zrozumieć tego wydarzenia. „Jak to się dzieje, że tak silne państwo nie zdobyło się na bardziej energiczne posunięcie?” – komentowano sprawę.
W istocie, dlaczego nie zdobyliśmy się? Czy było to dla nas korzystne posunięcie, czy też zwyczajna słabość? Pytanie zostawię na razie bez odpowiedzi, bo jej nie znam. Może ktoś z was zechce na nie odpowiedzieć :)
Jeszcze w wieku XV Polska była europejską potęgą. Świadczą o tym najlepiej liczne zwycięskie wojny. Uważam jednak, że już wtedy coś zaczęło się sypać. Co spowodowało, że Bitwa pod Grunwaldem, choć była wielkim militarnym sukcesem, nie przyniosła nam wymiernych korzyści? Zakon Krzyżacki przez następne sto lat napsuł nam jeszcze sporo krwi. A kiedy ostatecznie się rozpadł, to nawet nie mieliśmy wystarczająco dużo energii, żeby zagarnąć jego ziemię. Zadowoliliśmy się Hołdem Pruskim. Nasi sąsiedzi nie mogli zrozumieć tego wydarzenia. „Jak to się dzieje, że tak silne państwo nie zdobyło się na bardziej energiczne posunięcie?” – komentowano sprawę.
W istocie, dlaczego nie zdobyliśmy się? Czy było to dla nas korzystne posunięcie, czy też zwyczajna słabość? Pytanie zostawię na razie bez odpowiedzi, bo jej nie znam. Może ktoś z was zechce na nie odpowiedzieć :)
wtorek, 23 lutego 2010
Wstęp
Zachęcony przez swojego brata postanowiłem założyć pierwszego w życiu bloga. Nie mam zamiaru pisać tu wspomnień, czy wierszy. Będzie to blog ściśle tematyczny. Zamierzam poświęcić go pewnej dziedzinie nauki, która od dłuższego czasu bardzo mnie interesuje. Chodzi o historię, a konkretnie historię Polski.
Kiedyś nie przywiązywałem wagi do tego przedmiotu. Nie chodzi o to, że go nie lubiłem. Po prostu wydawał mi się nieciekawy. Nie potrafiłem odnaleźć w sobie pasji. Sytuacja zmieniła się, kiedy poszedłem na studia politologiczne. Większość zajęć była tam tak nudna i bezużyteczna, że kiedy trafiłem na jakiś ciekawszy przedmiot, wtedy chwytałem się go jak deski ratunku. Do takich przedmiotów należała właśnie historia. Na pierwszym miejscu zajęcia z historii powszechnej, z prof. Witoldem Mazurczakiem. To był odpowiedni człowiek na odpowiednim miejscu. Prawdziwy specjalista, w dodatku z dobrym podejściem do ludzi. Był wymagający, ale to raczej zaleta niż wada, szczególnie dla wykładowcy akademickiego. Choć mieliśmy omawiać XX wiek, profesor stwierdził, że aby dobrze zrozumieć to stulecie, musimy się cofnąć do roku 1871, do wojny francusko-pruskiej. Kilka lat później prof. Mazurczak został promotorem mojej pracy magisterskiej.
Przedmiot bardzo mi się podobał. Zainteresowanie historią obudziło się u mnie właściwie nieco wcześniej. Studia zacząłem w październiku 2004, za to ciekawość została pobudzona mniej więcej w styczniu tegoż roku. Wtedy zdecydowałem, że rezygnuję ze studiów na wydziale chemii i mam zamiar zająć się naukami społecznymi. Napotkałem bardzo stanowczy opór ze strony ojca. W sumie stoczyliśmy o to niezłą batalię. Nie chciał nawet słyszeć o tym, że miałbym przez ponad pół roku siedzieć w domu. Był przekonany, że będę się obijał. Ostatecznie zgodził się na rezygnację z chemii, ale był na mnie zły. Postanowiłem więc udowodnić mu, że się myli. Poczynając od stycznia, aż do lipcowych egzaminów wstępnych, dzień w dzień siedziałem przez kilka godzin z nosem w książkach. Przewertowałem wtedy od deski do deski kilka sporych cegieł. Np. Historia Powszechna 1789-1918 Ludwika Bazylowa. Fantastyczna książka. Potem był Antoni Czubiński i Historia Powszechna XX w. Równie ciekawa, choć mniej konkretna i szczegółowa. Na następny ogień poszły Historia Polski do 1864 roku Marii Boguckiej a potem kontynuacja tych dziejów pióra Antoniego Czubińskiego. Następne były książki z WOS-u, ale te były dla mnie o wiele mniej interesujące. Skupiłem się więc głównie na historii.
Właśnie wtedy, w pierwszym półroczu roku 2004 zaczęło budzić się moje zainteresowanie historią. Udało mi się poszerzyć ubogą dotychczas wiedzę. Historia ma to do siebie, że staje się ciekawa, kiedy człowiek posiada stosunkowo dużą wiedzę. Dzięki temu może połączyć fakty, dostrzec ciąg przyczynowo-skutkowy wydarzeń. Przy małej ilości informacji jest to raczej niemożliwe, a nauka historii to takie uczenie się pojedynczych faktów, wyrwanych z kontekstu.
Skąd pomysł na tytuł bloga? Postanowiłem nazwać go w taki sposób, ponieważ ostatnio najbardziej interesują mnie dzieje Rzeczpospolitej Szlacheckiej. Jest ciekawe, a zarazem przerażające, jak w ciągu zaledwie trzech stuleci doprowadziliśmy do upadku państwo, które jeszcze w XV w. było europejską potęgą. I nie było tu żadnych kataklizmów. Zniszczyliśmy je od środka, własnymi rękoma.
Historia Rzeczpospolitej Szlacheckiej to opowieść o wielu niewykorzystanych szansach. O militarnych sukcesach i politycznych klęskach. Jak chociażby zwycięska wojna z Rosją na początku XVII w. Nie przyniosła ona prawie żadnych korzyści. Podobnie odsiecz wiedeńska, która z naszej strony była czystym frajerstwem. Smród tych wydarzeń ciągnie się za nami do dziś. Myślę, że wielu współczesnych polityków rozumuje w taki sposób: „Potrzebujesz mięsa armatniego? Weź Polaków do pomocy”. Tak jak np. Bush kiedy wysyłał swoich żołnierzy do Iraku.
I smutnym jest to, że i w dzisiejszych czasach można dostrzec wiele analogii do Rzeczpospolitej Szlacheckiej. Szczególnie do okresu saskiego, który charakteryzował się spadkiem wartości patriotycznych, egoizmem oraz bezkrytycznym przyjmowaniem zachodnich wzorców. Kogo z nas interesuje dziś historia? Kto czuje się Polakiem, nie tylko kiedy Małysz wygrywa? Tożsamość narodowa jest nie na czasie, za to wartości patriotyczne budzą już tylko pusty śmiech. Wielu z odwiedzających ten blog, uzna, że nie ma na nim nic ciekawego i będzie szydzić. Jestem na to przygotowany. Liczę za to na wsparcie i uwagi ze strony ludzi, których interesuje historia. Mam nadzieję, że są jeszcze tacy :)
Kiedyś nie przywiązywałem wagi do tego przedmiotu. Nie chodzi o to, że go nie lubiłem. Po prostu wydawał mi się nieciekawy. Nie potrafiłem odnaleźć w sobie pasji. Sytuacja zmieniła się, kiedy poszedłem na studia politologiczne. Większość zajęć była tam tak nudna i bezużyteczna, że kiedy trafiłem na jakiś ciekawszy przedmiot, wtedy chwytałem się go jak deski ratunku. Do takich przedmiotów należała właśnie historia. Na pierwszym miejscu zajęcia z historii powszechnej, z prof. Witoldem Mazurczakiem. To był odpowiedni człowiek na odpowiednim miejscu. Prawdziwy specjalista, w dodatku z dobrym podejściem do ludzi. Był wymagający, ale to raczej zaleta niż wada, szczególnie dla wykładowcy akademickiego. Choć mieliśmy omawiać XX wiek, profesor stwierdził, że aby dobrze zrozumieć to stulecie, musimy się cofnąć do roku 1871, do wojny francusko-pruskiej. Kilka lat później prof. Mazurczak został promotorem mojej pracy magisterskiej.
Przedmiot bardzo mi się podobał. Zainteresowanie historią obudziło się u mnie właściwie nieco wcześniej. Studia zacząłem w październiku 2004, za to ciekawość została pobudzona mniej więcej w styczniu tegoż roku. Wtedy zdecydowałem, że rezygnuję ze studiów na wydziale chemii i mam zamiar zająć się naukami społecznymi. Napotkałem bardzo stanowczy opór ze strony ojca. W sumie stoczyliśmy o to niezłą batalię. Nie chciał nawet słyszeć o tym, że miałbym przez ponad pół roku siedzieć w domu. Był przekonany, że będę się obijał. Ostatecznie zgodził się na rezygnację z chemii, ale był na mnie zły. Postanowiłem więc udowodnić mu, że się myli. Poczynając od stycznia, aż do lipcowych egzaminów wstępnych, dzień w dzień siedziałem przez kilka godzin z nosem w książkach. Przewertowałem wtedy od deski do deski kilka sporych cegieł. Np. Historia Powszechna 1789-1918 Ludwika Bazylowa. Fantastyczna książka. Potem był Antoni Czubiński i Historia Powszechna XX w. Równie ciekawa, choć mniej konkretna i szczegółowa. Na następny ogień poszły Historia Polski do 1864 roku Marii Boguckiej a potem kontynuacja tych dziejów pióra Antoniego Czubińskiego. Następne były książki z WOS-u, ale te były dla mnie o wiele mniej interesujące. Skupiłem się więc głównie na historii.
Właśnie wtedy, w pierwszym półroczu roku 2004 zaczęło budzić się moje zainteresowanie historią. Udało mi się poszerzyć ubogą dotychczas wiedzę. Historia ma to do siebie, że staje się ciekawa, kiedy człowiek posiada stosunkowo dużą wiedzę. Dzięki temu może połączyć fakty, dostrzec ciąg przyczynowo-skutkowy wydarzeń. Przy małej ilości informacji jest to raczej niemożliwe, a nauka historii to takie uczenie się pojedynczych faktów, wyrwanych z kontekstu.
Skąd pomysł na tytuł bloga? Postanowiłem nazwać go w taki sposób, ponieważ ostatnio najbardziej interesują mnie dzieje Rzeczpospolitej Szlacheckiej. Jest ciekawe, a zarazem przerażające, jak w ciągu zaledwie trzech stuleci doprowadziliśmy do upadku państwo, które jeszcze w XV w. było europejską potęgą. I nie było tu żadnych kataklizmów. Zniszczyliśmy je od środka, własnymi rękoma.
Historia Rzeczpospolitej Szlacheckiej to opowieść o wielu niewykorzystanych szansach. O militarnych sukcesach i politycznych klęskach. Jak chociażby zwycięska wojna z Rosją na początku XVII w. Nie przyniosła ona prawie żadnych korzyści. Podobnie odsiecz wiedeńska, która z naszej strony była czystym frajerstwem. Smród tych wydarzeń ciągnie się za nami do dziś. Myślę, że wielu współczesnych polityków rozumuje w taki sposób: „Potrzebujesz mięsa armatniego? Weź Polaków do pomocy”. Tak jak np. Bush kiedy wysyłał swoich żołnierzy do Iraku.
I smutnym jest to, że i w dzisiejszych czasach można dostrzec wiele analogii do Rzeczpospolitej Szlacheckiej. Szczególnie do okresu saskiego, który charakteryzował się spadkiem wartości patriotycznych, egoizmem oraz bezkrytycznym przyjmowaniem zachodnich wzorców. Kogo z nas interesuje dziś historia? Kto czuje się Polakiem, nie tylko kiedy Małysz wygrywa? Tożsamość narodowa jest nie na czasie, za to wartości patriotyczne budzą już tylko pusty śmiech. Wielu z odwiedzających ten blog, uzna, że nie ma na nim nic ciekawego i będzie szydzić. Jestem na to przygotowany. Liczę za to na wsparcie i uwagi ze strony ludzi, których interesuje historia. Mam nadzieję, że są jeszcze tacy :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
