Artykuł o legioniście z Chojnowa jaki napisałem dla "Konkretów" na podstawie rozmowy z Czesławą Popiel:
Niski i dzielny – tak opisują Władysława Kadlca jego dwie córki zamieszkałe w Chojnowie. Czesława Popiel i Jadwiga Pacanik, choć mają już po 80 lat, dobrze pamiętają tragiczne losy, jakie targały Polakami w pierwszej połowie XX wieku. Teraz, po upływie kilkudziesięciu lat, pragną przywrócić ojcu dawną chwałę.
Kiedy nad ledwie co odrodzoną Polską zawisło zagrożenie bolszewickie, Władysław Kadlec miał zaledwie dwadzieścia trzy lata. Tak jak wielu swoich rówieśników, zgłosił się na ochotnika do Legionów. Marzeniem wielu młodych mężczyzn była służba w Ułanach. Do tej formacji niestety nie każdy mógł się dostać. Przede wszystkim trzeba było mieć konia i doświadczenie wojenne. Trzon ówczesnej Polskiej armii stanowili jednak legioniści. Słabo wyszkoleni, źle wyposażeni, ale z wielką chęcią do walki. Formacja ta wyglądała niezwykle malowniczo. Bardzo często do walki używano tego, co tylko wpadło w ręce. Podobnie było z mundurami. Czasem tylko orzełki na czapkach pozwalały Polskim żołnierzom wzajemnie się rozpoznać.
„Był jak Wołodyjowski”
Zdaniem Czesławy Popiel to porównanie najlepiej opisuje jej ojca. Michał Wołodyjowski, pomimo niewielkiego wzrostu, był bardzo dzielny. W szermierce nie miał sobie równych.
- Jak wziął szablę do ręki to tylko głowy latały – twierdzi Czesława Popiel. – Najpierw walczył w obronie Lwowa, gdzie został ciężko ranny. Po odzyskaniu zdrowia walczył jeszcze pod Hrubieszowem. Ostatni użytek zrobił z szabli podczas obrony Warszawy. Rwał się do boju, jak wielu jego kolegów. Niczego się nie bał. Tak nam potem opowiadano. Za udział w Cudzie nad Wisłą, ojciec odznaczony został Krzyżem Walecznych. Odznaczenie przypiął osobiście Józef Piłsudski. W późniejszych latach otrzymał też inne odznaczenia i brał udział w marszu na Warszawę z roku 1926. Ja urodziłam się w roku 1930, więc znam wszystko tylko z opowieści. Żałuję, że nie mogłam wszystkiego zobaczyć na własne oczy. Zwłaszcza, że życie w późniejszych latach nie było lekkie. Najciężej ojciec przeżył śmierć Naczelnika Piłsudskiego w roku 1935. Przepłakał wtedy wiele łez.
Jeszcze jedna pożoga
W roku 1939 Rosjanie przyszli ponownie. Tym razem nic nie można było na to poradzić. Obecny Naczelnik, Edward Rydz-Śmigły, zakazał swoim żołnierzom stawiać opór. Gwardziści Armii Czerwonej weszli w Polskę jak nóż w masło.
– Mieszkaliśmy w Bolechowie pod Lwowem – opowiada dalej Czesława Popiel. – Chowaliśmy się po strychach i piwnicach. Baliśmy się, że wywiozą nas na Syberię. Na szczęście udało nam się zaprzyjaźnić z dowódcą rosyjskiego garnizonu. Miał on małe dziecko, którym często zostawiał nam do opieki. Pewnego razu przyszedł do nas i ostrzegł, że jesteśmy na liście Polaków przeznaczonych do zsyłki. Kazał nam sprzedać wszystko co możemy i czuwać. Zsyłka mogła nastąpić nagle. Najbardziej jednak ojciec bał się NKWD. Wielu mężczyzn z naszej wioski przepadło bez śladu, zabranych przez enkawudzistów. Pewnej nocy aresztowali też naszego tatę. Baliśmy się o niego. Był przecież legionistą, który zaledwie dwadzieścia lat wcześniej walczył z bolszewikami. Na szczęście wypuścili go. Myślę, że zawdzięczamy to przyjaźni z rosyjskim komendantem.
W tym czasie Władysław Kadlec już nie walczył. Pracował razem z rodziną na poczcie. Okupacja rosyjska trwała zaledwie rok. Już w 1940 kresy wschodnie opanowane zostały przez Niemców, którzy szli do szturmu na Moskwę. W zachodniej i centralnej części Polski okupacja niemiecka była bardzo ciężka. Na kresach z Niemcami nie żyło się jednak źle. Ich głównymi wrogami byli Rosjanie a nie Polacy.
Horror końca wojny
Okupacja niemiecka na kresach wschodnich trwała pięć lat. Potem nastąpiło kontruderzenie Rosjan i szturm na Berlin. Zdaniem Czesławy Popiel, właśnie wtedy Polaków zamieszkałych pod Lwowem spotkał największy horror. Krok w krok za Rosjanami szła Ukraińska Armia Powstańcza, nazywana pospolicie „Banderowcami”. Żołnierze UPA siali prawdziwy postrach. Chcąc wypędzić Polaków z kresów wschodnich dokonali licznych mordów na ludności cywilnej.
- To było naprawdę straszne. Widziałam różne okrucieństwa jakich dopuszczali się Niemcy, ale to w ogóle nie umywa się do tego co działo się w roku 1944. Baliśmy się wtedy strasznie. Banderowcy zawsze przychodzili nocą, dlatego od zmierzchu do świtu chowaliśmy się w piwnicy. Czasem w stogach siana. Pewnego dnia UPA starło się pod naszym domem z żołnierzami Hitlerowskimi. Ojciec, kiedy to zobaczył, wpadł w szał. Wyskoczył przez okno do ogrodu, i zaczął krzyczeć na żołnierzy. Nie były to pełne zdania. On po prostu wył. Myślę, że z jednej strony chciał walczyć, a z drugiej czuł się bezsilny. Na szczęście nasza mama zawołała go. Pamiętam jak krzyknęła: „choć do domu Władziu, bo cię zabiją”. Wtedy ojciec uspokoił się i wrócił do nas. Na szczęście żołnierze byli zbyt zajęci walką, żeby zwrócić na niego uwagę.
Wyjazd do Chojnowa
Po wojnie dla Kadlców nastał zupełnie nowy etap w życiu. Zostali przesiedleni do zachodniej Polski, tak jak wielu Polaków zamieszkałych na kresach. Całą rodzinę przetransportowano wagonami, które służyły do wożenia węgla. Od 24 października 1945 r. Władysław wraz z żoną i dziećmi stali się mieszkańcami Chojnowa. Urząd Repatriacyjny chciał ich umieścić w zbiorowej kwaterze w jednej ze szkół. Kadlcowie zajęli jednak jeden z pustych domów na Placu Dworcowym. Jadwiga Pacaniuk mieszka tam do dziś. Mając doświadczenie w pracy na poczcie, Władysław wraz z żoną postarali się o zatrudnienie w Urzędzie Pocztowym w Złotoryi. Potem ich śladami poszły obie córki.
Władysław Kadlec zmarł we Chojnowie w roku 1953 po długiej i ciężkiej chorobie.
Komu wdzięczność?
W naszych czasach bardzo niewiele mówi się o wojnie z 1920 r. 15 sierpnia każdego roku obchodzące jest jedynie święto Matki Boskiej Zielnej. Dzień ten stanowi jednocześnie rocznicę „Cudu nad Wisłą”, czyli zwycięstwa Polaków w Bitwie Warszawskiej. Niestety wiedza na temat tego wydarzenia jest współcześnie bardzo niewielka. Szczególnie wśród młodego pokolenia. Dużo większe zainteresowanie budzi tematyka Drugiej Wojny Światowej. Całkowicie zdominowała ona literaturę i kino. Jednak to właśnie w 1920 roku rozstrzygało się, czy Polska zrzuci jarzmo zaborów i zaistnieje na mapie świata.
Pozostaje jeszcze jedno pytanie. Komu winniśmy wdzięczność? Mówi się o „Cudzie nad Wisłą”. Warto jednak zastanowić się nad tym, czy był to tak naprawdę cud. W sytuacji zagrożenia Polacy potrafią dokonań wielkich rzeczy. Komu zawdzięczamy to zwycięstwo? Boskiemu wstawiennictwu, czy też takim ludziom jak Władysław Kadlec?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz